czwartek, 1 września 2016

Przenosiny bloga na Toster Pandory

Przeniosłem się ze swoimi najlepszymi tekstami
i tworzę ciągle nowe, na serwisie o nazwie Toster Pandory:
http://tosterpandory.pl/


Zapraszam wszystkich czytelników bloga oraz przypadkowych odwiedzających...
do przybicia do nowego portu.


Z poważaniem i uszanowaniem dla wszystkich,
Zbigniew Galar.

sobota, 27 lipca 2013

Podsumowanie - Demografia - Perspektywy




 Perspektywa polityczna


„Kiedy mamy problem, którego nie możemy rozwiązać – poszerzamy kontekst.”

– Robert Cooper


Ewidentnie mamy problem – problem demograficzny. Problem braku zastępowalności pokoleń. Dzietność na poziomie 1,2 – która zaburzona jest nieco wzwyż, w związku z pokoleniem wyżu stanu wojennego. Polska znajduje się w trzeciej setce państw pod względem poziomu urodzeń. Jednym słowem – wymieramy. 


Obecne podejścia władz do problemu nie zdają się go rozwiązywać. Problem jednak istnieje. On dalej tam będzie, bez względu na poziom intelektualny władz.

Kiedy obcy przylecą na tę planetę będąc cywilizacją inteligentną (bo tu dotarli), spotkają się z prawdziwymi liderami ludzkości – i nie będą to polityczne władze, nie będą to prezydenci, czy premierowie. Ich czas już minął, odkąd władza polityczna jest na usługach większych procesów i sił. 



Władze polityczne to spojrzenie polityczne, a jest ono intelektualnie okopane pod anachronicznym szyldem podziału na lewicę, prawicę i środek. Gdyby nie ten środek, który teraz ciągle wygrywa wybory, można by domniemywać, że naród niczego się po klęskach w zbrodniczym XX nie nauczył. Jednak jest on dalej na tyle miałki, że szuka drogi środka w dawno ugaszonym i nieaktualnym sporze. 


Byłem kiedyś komunistą – nasłuchałem się bowiem opowieści o równości i utopijnym świecie. Byłem nim przez 15 minut, a miałem wtedy 7 lat. Taki jest mniej więcej poziom (problemów piaskownicy) sporu toczonego przez cały XX wiek. 


Z jednej strony był kapitalizm, a z drugiej strony był socjalizm. Na szczęście o tym sporze możemy już zapomnieć. On został już rozwiązany. Wiemy na pewno że socjalizm nie ma sensu i to nie dlatego, że jakiś naukowiec to udowodnił. Tylko dlatego, że ludzkość sprawdziła obie możliwości. Jedna ze stron zbankrutowała. Systemy społeczne nie upadają wtedy, kiedy udowodni się im ich niesłuszność, lecz wtedy kiedy kończą się im pieniądze. Już wiemy, że ludzie są nierówni. Jak są nierówni, to równy podział dóbr jest niesprawiedliwy. Jak jest sprawiedliwy, to musi być nierówny. 


To, że jedno z rozwiązań utraciło rację bytu, nie oznacza, że konkurencyjne kapitalistyczne rozwiązanie było dobre. Wystarczyło, że było lepsze. Ono jest po prostu lepsze i bankrutuje właśnie teraz, czyli w 30 lat później po tym pierwszym. Kapitalizm na naszych oczach zapada się pod własnym ciężarem. 


Kapitalizm tworzyli ludzie posiadający kapitał - czyli kapitaliści. Dzięki swoim pomysłom i zdolnościom organizacyjnym, byli w stanie tworzyć przedsięwzięcia i fabryki, wynalazki i racjonalizacje – wszystko w imię optymalizacji przepływów, czyli większego zysku.


Jednak prawdziwi kapitaliści, dzięki swojemu sukcesowi zestarzeli się i utyli. Wychowywane w cieplarnianych warunkach dzieci – ich następcy, nie chcą już kontynuować dzieł swojego dziada, czy ojca. Zamiast tego wolą rozbijać się drogimi samochodami, wywoływać skandale obyczajowe i śpiewać piosenki.



Dzisiaj prawdziwych kapitalistów już nie ma - są tylko korporacjoniści.

Definicja:

Korporacja – genialna konstrukcja ideologiczna – pozwalająca pozyskiwać indywidualne dochody, bez indywidualnej odpowiedzialności.


Korporacje są zarządzane w celu przynoszenia dochodu właścicielom, czyli akcjonariuszom. Innymi słowy trzeba powiększać dochody i ciąć koszty, gdyż nadrzędną wartością jest zysk. Dlatego wcześniej czy później zarząd korporacji zaczyna być opanowywany przez psychopatów, czyli ludzi gotowych do podejmowania brzemiennych w skutki decyzji bez względu na moralność, byle tylko osiągnąć cel nadrzędny - zysk. Zysk, czyli godne poparcia optimum zamienia się w wyzysk, czyli robienie wszystkiego dla raportu kwartalnego bez względu na długoterminowe koszty.


Zysk to nadrzędny cel korporacji, lecz dzieli się on na mniejsze cele, czyli wskaźniki KPI (Key Performance Indicator). Każdy taki wskaźnik jest rezultatem, bardziej lub mniej zawiłego matematycznie, statystycznego planowania. Dlatego jest to swego rodzaju naukowa futurologia – wróżenie z fusów – próba wyznaczenia jasno określonego celu dla maluczkich, którego to celu, żeby nie wiem co – musimy dotrzymać.


Jak cel nie jest dotrzymany wszyscy są smutni, nawet jeśli każdy pracował w tym okresie na 100% swoich możliwości, a na przykład konkurencja była zbyt silna.

Z kolei, gdy cel jest dotrzymany i KPI zaczyna być przekraczany nikt już się nie stara, bo nadmiarowy zysk i tak nie odbije się na większych pensjach czy premii.


W rezultacie stara i dobrze znana, a wręcz sprawdzająca się gra – w kapitalizm, staje się grą statystyczną. Skorumpowaną grą hazardową, w której przewidzenie właściwego wyniku podziału globalnego rynku, jest dla zarządzających ważniejsze, od – dobra ludzkości, pozycji własnej firmy na tle bezpośredniej konkurencji, a nawet od wydawać by się mogło celu nadrzędnego – zysku.


Kapitalizm zanurza się powoli w świat samowykreowanej iluzji. Staje się coraz bardziej oderwany od życia rzeczywistego i funkcjonuje jeszcze głównie dzięki kolejnym przejęciom, co poprzez konsolidację prowadzi do ograniczenia konkurencji. Celem każdego kapitalisty jest życie monopolisty.



Jednak wcześniej czy później posiadający siebie wzajemnie świat globalnego akcjonariatu i wypełnione pustymi derywatami parkiety rynków finansowych, muszą zmienić styl zarządzania i priorytety – bo na świecie rodzi się coraz więcej koncepcji bezcennych, czyli takich, które nie wchodzą już na giełdę.


Kapitalizm nie może wykupić, czyli „pożreć” wszystkiego. Świat zaczyna go wyprzedzać i co dużo ważniejsze także omijać. Z kolei każdy kryzys finansowy uczy nas, że nie ma kategorii firmy, czy idei zbyt dużej, bądź zbyt ważnej – by upaść. 


Perspektywa ekonomiczna


„Nie mam poglądów politycznych – tylko ekonomiczne” – powiedział kiedyś mądry człowiek, który poszerzał kontekst. Nie ważne jest, jakie rozwiązanie polityczne przyjmiemy za obowiązujące. Nie ważne jest, jak opodatkujemy ludzi. Nie ważne, kto będzie rządził. W ekonomii chodzi o kwestie związane z przepływami pieniędzy, czyli o to kto będzie na kogo pracował. 


Proste pieniężne spojrzenie ekonomiczne prowadzi do bogacenia się społeczeństw. Wszyscy pracujemy jak mamy siły i jesteśmy młodzi. Zarabiamy dzięki temu pieniądze. Potem na starość te pieniądze wydajemy, aby móc cieszyć się życiem także w okresie fizycznej ułomności. Tak funkcjonowało to przed wynalezieniem systemu bankowego i ZUSu. 



System bankowy najlepiej opisał  Rothschild: „dajcie mi kontrolę nad bankiem centralnym narodu, a nie ważne kto i jakie będzie stanowił w nim prawa”. Pieniądze – każde pieniądze w centralnym systemie bankowym wykreowane są z długu. Z metafizycznej deklaracji, że odpracujemy ten dług poprzez nasz wysiłek fizyczny, bądź intelektualny. Pieniądz fizycznie powstaje tylko jako zapis księgowy na koncie kredytowym. Gdyby ludzie oddali systemowi bankowemu wszystkie swoje długi, na rynku nie byłoby pieniędzy. 


Kiedyś ten, kto miał tego derywatu najwięcej, mógł prawie wszystkim dyktować warunki. Teraz, o wszystkim decyduje ten kto udziela kredytu. Ponieważ każdy kredyt trzeba oddać z procentem, następne pokolenia muszą pracować więcej, bądź w wyniku postępu technologicznego wydajniej. Gdyby nie robotyzacja i automatyzacja, oraz połączona ze zwiększającą kreatywność i optymalizację wymiany danych informatyzacją – już dawno bylibyśmy niewolnikami. 
 



Celem systemu bankowego jest powiększanie zadłużenia, bo ten kto decyduje na co wykreować kolejne pieniądze, decyduje o kierunku rozwoju kraju. Kierunek ten zmierza do kontroli systemu ekonomicznego nad władzą polityczną (szerszy kontekst zawsze zjada węższy w sensie decyzyjnym, bo widzi więcej elementów). Im bardziej władza polityczna jest zadłużona, tym większe podatki musi nałożyć, aby system bankowy dostawał swoje odsetki. Celem ostatecznym jest więc zwiększenie wolumenu pracy. Można powiedzieć, że obecnie zaciągane rządowe obligacje są obietnicą dla przyszłych pokoleń, że będą musiały je z odsetkami odpracować. Obecny system ekonomiczny (system rezerw częściowych) z góry skazuje więc na cięższy los wszystkie dzieci. 


ZUS to bardzo podobny wynalazek. Został on powołany do życia, rozporządzeniem Prezydenta II Rzeczypospolitej 24 października 1934 roku. Ideowym twórcą systemu był Otto von Bismarck.



Otto wykoncypował ekonomicznie, że dobrze jest kiedy państwo opiekuje się emerytami obiecując im wypłaty pieniędzy. Bo gdy taki płacący składki emerytalne delikwent, umrze przed osiągnięciem wieku emerytalnego, wtedy składki można przejąć – tworząc szczególny i pozornie trudny do pojęcia przez lud rodzaj grabieży. Idąc za Napoleonem Bonaparte, który stwierdził, że „należy różnicować podatki, aby wydawały się mniej uciążliwe” – Bismarck stworzył przywiązany do władzy politycznej podat doskonały. Odpowiednik ukrytego bankowego opodatkowania naszej plutokracji, który związany jest z inflacją, czyli dodrukiem pieniędzy. 



W czasach wprowadzania „Złudzenia Ubezpieczeń Społecznych” średnia długość życia była na poziomie 45 lat, a przyrost naturalny był tak wysoki, iż gwarantował utrzymywanie starych, przez dużo liczniejszych młodych, zakładając z góry większy wolumen pracy późniejszych pokoleń. Jednak obecnie ZUS jest bankrutem. Już obsługuje ponad 7 milionów świadczeniobiorców posiadając zaledwie 24 miliony ubezpieczonych. Pomimo tego, że system informatyczny ZUS wykonuje każdego miesiąca 40 miliardów obliczeń, nie przybywa z tego tytułu nawet jednej dodatkowej złotówki w systemie.


Koszty działania ZUSu przelewają się w 42 oddziałach, 218 inspektoratach i 65 biurach terenowych, przez ręce 48 tysięcy osób – już bez jednego, bo zatrzymanego za korupcję prezesa. Wszystko po to, żeby każdy z emerytów, mógł otrzymać należną, wyliczoną z komputerową dokładnością, sumę comiesięcznej jałmużny.


Nie są to bowiem pieniądze emerytów – ich składki już dawno zmarnowało komunistyczne państwo, budując za nie niewydajne, acz bardzo wielkie i monumentalne fabryki. Następnie, po transformacji ustrojowej, te fabryki i zakłady pracy prywatyzowano, na bieżąco łatając tymi pieniędzmi dziury w budżecie. Od kilku lat tych pieniędzy już nie ma – dlatego notujemy coraz to nowe rekordy deficytu budżetu, przyzwyczajonego do marnowania oszczędności soc-realnego pokolenia.



Dlatego teraz pieniądze wypłacane przez ZUS pochodzą bezpośrednio ze składek aktualnie pracujących ludzi – 24 milionów ubezpieczonych. To oni podtrzymują egzystencję 7 milionów żebraków, którzy bez tych pieniędzy nie mieliby niczego. Emerytalne oszczędności nie istnieją, żaden z emerytów nie pobiera swoich słusznie zarobionych pieniędzy, które przepuścili komuniści, lecz rabuje odkładane w ZUSie pieniądze swoich wnuków i dzieci.


Dzisiejsi emeryci nie mają żadnych odłożonych przez państwo oszczędności, żadnych kont, nawet wirtualnych (Sąd Najwyższy stwierdził, że kapitał w ZUS nie należy do „ubezpieczonego”), żadnych źródeł finansowania awaryjnego za wyjątkiem OFE. 


Przy czym te nastawione na zysk instytucje finansowe siedziały cicho kiedy gromadziły i przejadały przekazywane im składki (zarabiając po kilka procent całości wpływów). O bandyckich intencjach otwartych funduszy emerytalnych najlepiej świadczy fakt, iż ustawa nałożyła górny limit potrącania przez OFE obracanych pieniędzy na 7%, po czym 14 z 15-tu towarzystw emerytalnych zdecydowało się pobierać właśnie taką maksymalną stawkę. Od 1999 roku ZUS przekazał do OFE 150 mld złotych, z czego 100 miliardów OFE zwróciło państwu polskiemu, posłusznie wykupując obligacje skarbu państwa. Z tych pozostałych 50 miliardów jakie zainwestowano, nie tylko nie uzyskano zysków, lecz osiągnięto znaczące kilkudziesięcioprocentowe straty – odpowiadające kryzysowym spadkom na giełdach. Przyczynił się do tego globalny kryzys hipoteczny 2008 roku. Na szczęście dla dobrego samopoczucia emerytów, wskaźniki odsetek z 2/3 wkładów w obligacje, pozwoliły kreatywnej księgowości podliczyć straty tej katastrofy na zaledwie kilka procent.



Teraz, kiedy przychodzi pierwszy rok wypłacania z OFE, mówi się głośno o ograniczeniu do 10 lat okresu wypłacania pieniędzy. Realnie więc emerytów utrzymuje przy życiu tylko i wyłącznie przymus opłacania składek ZUS przez pracujących. Jest to po prostu kolejny podatek celowy. Lecz nie gromadzi on wystarczającej ilości pieniędzy – dlatego ZUS musi być współfinansowany przez budżet każdego roku z innych danin – głównie akcyzy na paliwa i podatku VAT.


Ekonomicznie wyraża się to klarowną prognozą. W związku z przechodzeniem na emeryturę wyżu demograficznego, dzieci urodzonych po drugiej wojnie, w ciągu najbliższych pięciu lat w ZUSie zabraknie 330 mld złotych – to 1/5 polskiego rocznego budżetu.


Perspektywa społeczna


To już ostatnia z perspektyw. Na większe poszerzenie kontekstu nie starczyło mi zdolności intelektualnych i czasu.

Perspektywa społeczna polega na realnym spojrzeniu na gospodarkę. Na spojrzeniu na przepływy dóbr i ludzką pracę, a nie na złudzenia polityczne i ekonomiczne, którymi mamimy się na co dzień. 


Wokół nas bowiem rozpościera się bilans problemów do jakich doprowadziły węższe ze spojrzeń. Spojrzenie polityczne dało nam wyzysk pracownika – i wyzbycie się ze strony kapitalistów resztek odpowiedzialności za własne czyny. Spojrzenie ekonomiczne z kolei, zabrało pracującemu człowiekowi ostatni listek figowy, którym ukrywał swoją niezdolność do radzenia sobie z własnym rozwojem, wtłaczając go w spirale ciągle rosnących wymagań pracy. 



Człowiek pracy nie myśli samodzielnie. Nie ma na to czasu i chęci. Brak mu energii na myślenie, zmęczony wraca do domu „po całym dniu” i myśli o tym żeby odpocząć. Klasa średnia staje się klasą coraz bardziej niewolniczą, z każdym kolejnym dniem. Już teraz 87% zarabianych przez podatnika pieniędzy zabiera państwo. Już teraz praca opodatkowana jest tak bardzo, że pracodawca daje pracownikowi do ręki tylko połowę przeznaczonych mu zamienników dóbr. 


Na tym wyzysku wytworzyła się do tego całkiem nowa klasa próżniacza – urzędnicy. Korzystający z pozostających w odbiorze ogółu, złudzeń idei socjalizmu i silnie lobbujący za powiększeniem zasięgu pozostających w ich gestii spraw. Spojrzenie społeczne na ten problem pozwala nam rozpatrywać go z poziomu kast. Urzędnicy to kasta wyższa. Jest ich prawie pół miliona i ich liczba stale rośnie. 


Urzędnik to król. Zawsze dostaje pensję. Bardzo trudno go zwolnić – w wielu instytucjach jest to praktycznie niemożliwe. Podwyżki i wyrównania w sferze budżetowej przekraczają nawet poziom inflacji, w przeciwieństwie do pensji w gospodarce, które rzadko rosną regularnie wzwyż. Urzędnik za nic nie odpowiada. Wprowadzona (pozorna i pusta) ustawa o odpowiedzialności urzędniczej, nie skazała za niegospodarność i korupcję, jeszcze żadnego z nich. Jak nie ma winnych, to nie ma aktu oskarżenia. Dlatego wymiar sprawiedliwości nie ma tutaj przestrzeni do reakcji – nawet gdyby był on systemem najlepszym – niczego by nie zdziałał. Natomiast jego własne problemy i ociężałość przytłaczają. Sądownictwo pełne jest afer – lecz wyroków nie można komentować – nawet najbardziej absurdalnego z nich. 


Biurokracja to maszyna Rube Goldberga. Każdy system, którego celem jest istnienie – samoistnie dąży do komplikowania własnej struktury. Innymi słowy, każda organizacja zaprojektowana do wykonywania konkretnego zadania, z czasem zaczyna się tym zadaniem żywić i od niego zależeć.


Biurokracja w założeniu ma usuwać problemy. Biurokraci żywią się więc problemami i są żywotnio zainteresowani tym, aby problemy te istniały nadal i wraz z rozbudową samego urzędu – rozwijały się sukcesywnie. Dlatego żadnemu Urzędowi Pracy (który de facto jest Urzędem Bezrobocia) nie zależy na usuwaniu bezrobocia, bo wtedy pełne papierów biurka i ciepłe posady, z dnia na dzień stałyby się gospodarce i społeczeństwu niepotrzebne. 


Niedomagania technologiczne zamierzchłych er, ograniczały liczbę darmozjadów. Dlatego przez wszystkie te lata, zwycięski pochód idei urzędów był bardzo powolny – aż do rewolucji przemysłowej. Od tego czasu postęp urzędniczej machiny jest niepowstrzymany. W ciągu ostatnich dwudziestu lat, liczba urzędników w samej tylko Polsce wzrosła dość pechowo, bo aż trzynastokrotnie.


Z zewnątrz Urząd musi tak wyglądać, że wszyscy w nim zatrudnieni są potrzebni. Dlatego wewnętrzny obieg dokumentów musi być tak zaprojektowany, aby angażował jak najwięcej roboczogodzin, jak najmniej posuwając pracę do przodu. Każde nawet najbardziej nieznaczące pismo, czy zamówienie – musi więc być zatwierdzone przez cały łańcuszek Świętego Antoniego kierownictwa. Mówi się więc, że to ze względu na dobro społeczne, urzędnik nie może zrobić niczego bez zgody przełożonego. Prawda jest jednak zgoła inna. To kierownictwo istnieje w swojej mnogiej i znakomitej formie, tylko dlatego że ich praca polega na nieustannym i mechanicznym zatwierdzaniu decyzji urzędników niżej podległych.



Najprostszą metodą, aby uzyskać maksymalizację pracy i minimalizację wydajności Urzędu, jest przekazywanie danego pisma na biurko urzędnika delegowanego do jej rozpatrzenia, dopiero na końcu. Zaraz albo „niezwłocznie” po tym, jak zapoznają się z nim (niepotrzebnie) wszystkie inne piony, poziomy i „piwnice” urzędu.



Konstrukcja urzędu jest proceduralną wersją „Maszyny Rube Goldberga”, tylko zamiast trybów i wahadeł ma ona urzędnicze dyrektywy. Maszyna Rube Goldberga, to urządzenie starające się wykonać dane zadanie, w możliwie najbardziej skomplikowany sposób. Tak, aby budowa tej maszyny mogła być jak najbardziej zawiła i pochłaniała maksymalną ilość czasu, środków i energii.


Prawo Wylera:

„Nie ma rzeczy niemożliwych dla kogoś, kto nie musi ich zrobić sam.”

Nie byłoby jeszcze w istnieniu świata urzędów, tak samo jak szpitali psychiatrycznych, niczego zdrożnego, gdyby nie fakt, że urzędy są agresywne.

Biurokraci żywią się informacjami, jakie dostarcza im reszta społeczeństwa. Wzywają obywateli na rozmowy i wyjaśnienia, udowadniając wszystkim nieustannie, że los obdarzył ich wyższą pozycją społeczną całkowicie niezasłużenie.



Biurokraci mają jedną, podstawową wadę – mają kompleksy. To sprawia, że lubią czuć się potrzebni i nie mogą tak po prostu dla dobra świata, zamknąć się (na kłódkę) w urzędzie. Muszą udawać, że rozwiązują problemy, co jest istnienia tych problemów, niestety główną przyczyną.


Jak już wspomniałem prawo cybernetyki mówi, że każda organizacja zaprojektowana do wykonywania konkretnego zadania, z czasem zaczyna się tym zadaniem żywić i od niego zależeć. Dlatego Urząd powołany na przykład do zwalczania korupcji będzie wspierał korupcję, bo gdyby jej zabrakło, znikłaby przyczyna istnienia Urzędu, za którym to zdarzeniem poszłaby redukcja etatów, bądź masowe zwolnienia.


Urzędnicy nie lubią definitywnie likwidować problemów jakimi się zajmują, tylko je podtrzymywać i rozwijać, udając że z nimi walczą. Dzięki biurokratom problemy te poszerzają zakres oddziaływania na rzeczywistość, bo wraz z nimi rosną również wpływy urzędnika, powołanego do ich zwalczenia. Ludzie ci najzwyklej w świecie – działają po prostu w swoim „dobrze” pojętym interesie.


Nadchodząca rewolucja i rozwiązania


Problem demograficzny kurczenia się społeczeństwa jest problemem realnym. 


Jak jednak możemy podejść do rozwiązywania tego problemu skoro nie możemy skorzystać z osiągnięć dziedzin: polityki czy ekonomii?

Jak w ogóle o nim rozmawiać?


Wszystko zależy od dóbr w gospodarce, których istnienie ułatwia nam realne społeczne życie. Pieniędzmi, nawet tymi realnymi w postaci pożądanego (przez wielu) złota i srebra – trudno się najeść. Tym bardziej nie odziejemy się i wygodnie nie rozsiądziemy w elektronicznych zapisach firm kredytowych, których systemy komputerowe gromadzą "mega ważne" informacje o tym, kto jest komu co winien. 
Kiedy mamy mały kredyt w banku – mamy problem. Kiedy mamy duży kredyt w banku – to bank ma problem. System ekonomicznego przepływu pieniędzy jest chory. Już nawet on sam – tak samo jak systemy polityczne – powoli zaczyna zjadać własny ogon. 


Banki sprzedają na wolnym rynku trudno-ściągalne długi za ułamek ich wartości. Do tej pory skupywaniem ich zajmowały się firmy potrafiące wymusić zdzieranie ostatniego grosza od dłużników. Hieny cmentarne mają jednak dzięki rosnącej świadomości społeczeństwa nowego konkurenta – zadłużone społeczeństwo. Organizacje pozarządowe i charytatywne także zaczęły skupywać te długi (za ułamek ich wartości), lecz nie po to by je ściągać, a po to by je umarzać. Kiedy ludzie dają biednemu złotówkę, ma on tylko ją. Kiedy skupujemy czyjś dług za złotówkę, dajemy mu ich tysiąc (przy dużej dźwigni). Bo o tyle mniej musi oddać zadłużona osoba różnorakim systemom. System finansowy zaczyna wymagać od społeczeństwa za wiele. Nie potrafi wyegzekwować swoich zobowiązań, przez co się one dewaluują, tak samo jak i on, bo redukcji ulega jego znaczenie.




Osoby przekonane, że na starość będzie utrzymywało je państwo, rezygnowały z posiadania licznego potomstwa – rezygnowały z kosztownej inwestycji w przyszłe pokolenia. Teraz ludzie zaczynają dostrzegać, że to błąd.

Jest coś takiego w społeczeństwie jak cykl konwersji zapasów gospodarki. Rzeczy, które produkujemy, aby ich potem używać – zwykle nie są składowane w ogromnych składach zapasów. Magazynowanie także kosztuje. Dlatego to, co teraz produkujemy będzie wykorzystane w ciągu najbliższych kilku lat. 


Ludzie zaczynają dostrzegać tę najprostszą z prawd:

„W społeczeństwie ten utrzymuje innych kto pracuje, albo kto pracował w ciągu kilku ostatnich lat.”


To jemu – temu pracującemu należy się cały splendor i prawo decydowania o kwestii wykorzystania dóbr. Użyteczność ludzi jest kluczowym czynnikiem.

Kiedy przykładowa babcia dostaje emeryturę to oznacza tylko i wyłącznie tyle, że jest ona na utrzymaniu tych, którzy właśnie pracują, bądź dopiero co pracowali i których efekty pracy leżą jeszcze w magazynach dóbr wszelakich. Kiedy ta emerytura rośnie, bądź liczba emerytów w stosunku do liczby aktywnych pracowników rośnie – wtedy na każdego przypada mniejsza ilość dóbr. 


Kiedy urzędnik przerzuca papiery (nie optymalizując przy tym przepływów w gospodarce), wtedy jest on takim samym darmozjadem jak ci, którzy nie robią nic. Przy czym w jego przypadku może być jeszcze gorzej. Jego „praca” może powodować realne straty czasu i energii, bo pracownik zamiast siedzieć w fabryce, bądź odpoczywać by lepiej i dokładniej pracować następnego dnia, będzie musiał wypełniać druki urzędowe albo martwić się czy dobrze wypełnił PIT. 


Wszystko w ekosystemie gospodarczym jest samozapętlającym się przepływem dóbr.

Inne konstrukcje intelektualne zaciemniają zwykle obraz tego, do czego służy cywilizacja (w końcu po coś ją stworzyliśmy i w każdej chwili możemy ją zdemontować) i na co pozwala postępująca akumulacja wiedzy i rosnąca (jeszcze) liczebność ludzi. Ekosystem i jego możliwości zależą od jego wielkości. 

Mówi o tym prawo rozwoju miast – które świetnie opisał na swoim blogu Kevin Kelly:



Każdy dwukrotny wzrost ekosystemu podwaja jego problemy, lecz korzyści rosną bardziej, o 15% więcej na każdy wzrostowy cykl. Każdy wzrost liczebności miasta, każde zwiększenie liczby przedsiębiorstw w systemie powiązań ekonomicznych wspólnoty, niesie większe korzyści i ten efekt rośnie wraz ze zwiększaniem się skali. Dlatego tak ważny jest przyrost naturalny. Dlatego także tak druzgocący dla cywilizacji i gospodarki jest odwrotny negatywny i kurczący liczebność społeczeństwa trend. 



Rozrost sam się napędza, im coś większe tym bardziej przyciąga – jak grawitacja. Wymiana informacji jest coraz łatwiejsza, budowa infrastruktury coraz tańsza. Wszędzie jest bliżej. Znalezienie pracy coraz szybsze, usuwanie zanieczyszczeń coraz wydajniejsze, wykrywanie przestępstw coraz lepsze, liczba innowacji coraz większa i szybciej się je tworzy. Liczba chorób i przestojów coraz mniejsza. Wszystkie negatywne efekty spadają per capita, z każdym podwojeniem rozmiarów ekosystemu, o 15%.


Nic dziwnego więc, że ludzkość coraz szybciej przenosi się do skupisk. Życie w rozbudowanych ekosystemach ma coraz więcej do zaoferowania, daje coraz bardziej fundamentalne i wymierne korzyści. 


Początek XXI wieku uderzył nas informacją, że obecnie ponad połowa ludzkości żyje w miastach. Po raz pierwszy w długiej historii naszego plemiennego w swej naturze i skłonnego do nomadycznych zachowań gatunku.


Coraz bardziej się skupiamy, lecz jednocześnie wymieramy. Z wielkich państw tylko Indie zachowały jeszcze naturalny przyrost populacji. Prostą zastępowalność pokoleń (2,11) ma większość z najliczniejszych państw. Do roku 2050 ludność świata przestanie rosnąć i zacznie się zmniejszać. Bo w drodze do rozwoju politycznego i ekonomicznego coś przegapiliśmy. Przestaliśmy dostrzegać kwestie społeczne. Nie widzimy, że żyjemy w ułudzie. Że na coraz większe rzesze ludzkości niewolniczo pracuje coraz bardziej tłamszony odsetek najniższych kast. 


Oczywiście hedonistycznie patrząc żyjemy prawie w raju.

Młodość przymusowo wydłużono studiami z 20 do 25 lat. Pół miliona urzędników udaje że pracuje – tak naprawdę nie robiąc nic. „Starość” jako klasa społeczna wywalczyła (od młodych w wieku produkcyjnym) przywileje emerytalne, przez co nie martwi się brakiem pomocy dzieci, licząc na to że zajmie się wszystkim ZUS. Zachodnia Europa, czy Stany Zjednoczone – jako bogate narody, rozwiązują dodatkowo problem ubezpieczeń społecznych intensywną emigracją. Wynajmując opiekunów geriatrycznych patrycjusze nie są skłonni rezygnować z karier na rzecz rodziny. Do zakładania rodzin (poza prestiżem) nie skłania ich praktycznie nic. 


Jednak klasa średnia w średnim wieku, na której opiera się ten systemowy kolos, zaczyna rozumieć że od niej wszystko zależy i wkrótce może sięgnąć po swoje, grzebiąc przy tym cały napuchły system. Wystarczy zagrozić strajkiem. Wtedy ponownie okaże się kto jest ważny. A realny system społeczny zostanie przywrócony, głównie poprzez likwidację szeregu opisanych tu narośli biurokratycznych i wielu piramid finansowych, które opierać się muszą na niebotycznych piramidach z kłamstw. 


Lecz zanim to nastąpi, trzeba będzie podsumować długą listę zaniechań i win.

1.           Winny jest system ubezpieczeń społecznych oszukujący podatników. Tak naprawdę zbierający w podatkach pieniądze i przekazujący je osobom starszym jako jałmużnę. System ten wmawia emerytom zabezpieczenie na starość, co jest nieprawdą i zależy tylko i wyłącznie od aktualnej liczby pracujących za kilkadziesiąt lat. Określenie ZUSu podatkiem, skończy z kłamstwem systemowym. Potrzebna jest także likwidacja instytucji indywidualnych kont. Na nich bowiem nie odkładają się żadne pieniądze. Każdy emeryt zależy od płynności budżetu państwa, który to musi wpierw komuś zabrać bądź pożyczyć, aby móc wypłacić pieniądze im. 


2.           Winny jest system ekonomiczny, który obraca derywatami i innymi „instrumentami” finansowymi, tak naprawdę przelewając z pustego w próżne. Kiedy coś nie istniało przez powołaniem do życia nowego instrumentu finansowego, to nie zaistnieje dzięki niemu. Powoduje to tylko inflację instrumentalno-finansową, bo realne zasoby gospodarki przypisane są do coraz większej liczby papierów opisujących dług. Wcześniej czy później ktoś będzie musiał spisać je na straty. System wzajemnych relacji i zależności kredytowych nie przynosi pożytku realnej gospodarce, kiedy jest oderwany od odpowiedzialności za błąd. Niezdolność podatnika do pokrywania coraz to większych rat hipotecznych, co było przyczyną kryzysu finansowego (2008 rok), nie została bowiem uwzględniona w bilansach banków przez państwowy bailout


3.           Winny jest system biurokratyczny, którego jedynym celem jest dalsze istnienie i który nie rozwiązuje żadnego z postawionych przed nim problemów. Mając zaszyte w sobie 10-krotne podrożenie (w stosunku do usług prywatnej konkurencji komercyjnej) wykonywanych przez siebie zadań – nie jest on idealnym kandydatem na zbawiciela i nie potrafi zaproponować realnych rozwiązań – licząc na jak najdłuższe utrzymywanie status quo


4.           Winny jest także system naukowo-edukacyjny. Służył on kiedyś do kształcenia karnych i biernych fabrycznych kadr. Teraz, po biurokratyzacji poczynań, służy głównie sobie. Zdobywanie wykształcenia wyższego nie przysparza żadnych korzyści gospodarce. Zwiększając tylko zwały bełkotu pseudonaukowego, w stertach magisterskich i licencjackich prac. Od lat 60-tych ani jedne ani drugie prace, nie mają bowiem statusu „naukowego”, może więc znaleźć się w nich prawie wszystko. Wyższe uczelnie to nie są obecnie nawet szkoły zawodowe, bo nie uczą one przydatnych umiejętności wykorzystywanych przy szeregu realnych prac. Ubezwłasnowolniając młodzież i oduczając ją odpowiedzialności, szkoły i uczelnie skazują młodych gniewnych na ścieżkę upadku moralnego. Na bycie starymi potulnymi, bądź gorzej, starymi wkurzonymi o bliżej nie określonym poczuciu celu. Bardzo trudno chcieć zakładać rodziny, bez szacunku do samego siebie, a ten szacunek zabiera młodemu człowiekowi cały edukacyjny świat. Szkoła zorganizowana jest wedle drylu wojskowego. Uczeń, czyli rekrut; nie ma prawa sam myśleć – on ma być produktem z wytłoczonym w pamięci „programem nauczania” reprezentując jednakowy bezosobowy styl. 


5.           Winny jest system etyczno-moralny. Nie ważne czy nazwiemy go religią, czy systemem wartości. Ważne, że poprzez brak kręgosłupa moralnego zgadzamy się na życie w systemie podwójnych, a czasami potrójnych standardów. Zgadzamy się na brak, bądź rozmycie norm. Było to całkiem zrozumiałe podczas okupacji. Wtedy ci, którzy potrafili jedno mówić, drugie myśleć i trzecie robić – przeżywali, przyczyniając się przy tym do rozwoju społeczeństwa. Nikt bowiem nie korzystałby na bohaterskiej śmierci każdego z nich. Lecz obecnie sytuacja społeczna jest zgoła inna. Od wyzwolenia minęło 25 lat, a my nadal przejawiamy w myśleniu niewolniczy, natywny narodom podbitym sznyt. Zgoda na kłamstwo, to pomaganie mu, jest to jak przyczynianie się do zbrodni. Bo „do triumfu zła wystarczy, by dobrzy ludzie nie robili nic”. 


Jestem przekonany, że tym tekstem zmienię w świadomości społeczeństwa bardzo niewiele. Lecz to nie siła kropli drąży skałę, a ich liczba. Na pustyni intelektualnej są tak cenne, dlatego warto poświęcić nieco uwagi każdej z nich. Liczę więc na inne krople, bo to one kiedyś będą tworzyć Ocean Szans, a nie win.

niedziela, 5 maja 2013

40 lat mentalnej niewoli




Dlaczego Żydzi przez 40 lat błąkali się po pustyni po wyjściu z niewoli egipskiej, zanim byli w stanie założyć własne państwo?

Bo przeszkadzała im w tym niewolnicza mentalność większości „wolnego” ludu.

Dzisiaj Polacy doświadczają dokładnie tego samego. 
Wielce bohaterscy „wyzwalacze”, wyrwali nas z okowów poprzedniego zbrodniczego systemu. Lecz zrobili to głównie dlatego, że ten system osobiście ich uwierał i znacząco na niekorzyść różnił się od tego, co widzieli na bogatym zachodzie. Większość strajków „Solidarności” nie mogła być z powodów ideowych, następując zaraz po drastycznych podwyżkach żywności. Dążenie do wolności było myśleniem życzeniowym. Gdyby było znośnie, komuszy socjalizm trwałby w najlepsze dalej.

I co teraz mamy?
Historia musiała powtórzyć się raz jeszcze. Jak tylko bojownicy o wolność w bohaterskim zrywie porzucili dawnych Panów. Jak tylko zrobiło się znośnie i ciepło. Herosi zaczęli rozglądać się wokoło siebie, komu mogliby zacząć służyć. To było silniejsze od nich. Niewolnik zawsze poszukuje, bo potrzebuje swojego Pana.

Po dwudziestu latach takiej służalczości – zaczynamy zbierać jej żniwa w postaci najniższego przyrostu naturalnego. Świat ruszył z kopyta do przodu, a my dalej roztrząsamy o tym „jak by to było gdyby było, jak być powinno”.
 



Kiedy ustanowionej i podstarzałej części społeczeństwa zupełnie umyka rozumienie współczesnej rzeczywistości. Młodzież, nie pamiętająca już czasów PRLu, czuje się wyalienowana, odseparowana od swoich narodowych korzeni. Osamotniona i bez wsparcia w postaci poklepującej po plecach starszyzny, która powinna wyznaczać jej cele - boryka się na bezideowej plutokracji, nie mogąc przecież słuchać „tych głupców”.

Jest to tym bardziej smutne, że naród tak doświadczony seriami porażek i upokorzeń – powinien, skoro przetrwał – przynajmniej wykształcić w sobie niezwykły hart ducha. Wypracować żelazny zestaw nigdy nie starzejących się idei dających siłę i mądrość. 

Tak jak trudne pustynne warunki kształtujące niezłomność Fremenów na fikcyjnej Diunie, prawie każdemu wydają się prawdopodobne i wiarygodne. Tak też cały świat dowiadując się z Internetu o wspaniałości historii Polski – zastanawia się pytając „Co to są za ludzie?”. Wyobraża nas sobie jak Tytanów – wiernych do końca jakiejś wzniosłej sprawie.

Odpowiedź jest mniej wzniosła: głupi i wredni. 

Cierpienie nie uszlachetniło narodu polskiego. Szlachta i intelektualiści za bardzo byli zajęci rozpaczaniem po utraconych majątkach i degeneracji społecznej pozycji. Chłopstwo, które masowo emigrowało do miast, było zbyt zajęte dorabianiem i aspirowaniem do reszty. Nie chcieli nawet myśleć – o czymś więcej, niż zapewnianie sobie kolejnego bochenka chleba.


Starzy, od początku PRLu nie dążyli do wolności, ci którzy tak robili żyli w lasach do 1987 roku, kiedy zabito ostatniego prawdziwego bojownika. Partyzanta, który był mentalnie wolny, woląc żyć poza systemem niewoli, nawet jeśli musiał wegetować w ten sposób. 

Zabrakło temu człowiekowi jedynie roku. W 1988 ustawa Wilczka przywróciła Polakom niezależność ekonomiczną. Na tej podstawie komuniści, bez wojny domowej, nie mogli zakazać wolnych zgromadzeń, więc bronili się przed zemstą obradami okrągłego stołu. 

Co nam to dało?
Dało nam to możliwości, praktycznie wszystko. Lecz nie było nikogo, kto by chciał z tych możliwości skorzystać. Walcząc o prawdziwą niezależność – trzeba w końcu mieć wobec rzeczywistości własne propozycje – których skutki przyjmuje się „na klatę”. Zamiast tego Lud rzucił się tylko „na kasę”.

Nie tworzono nowych organizacji społecznych. Nie było nowych form – nikt nie był zainteresowany. Zadowolono się jedynie pluralistycznym systemem partyjnym, bo brakowało czasu na coś więcej. Wszyscy jeździli, handlowali, zajmowali się szukaniem pieniędzy. Nikt nie budował na multum możliwości jakie miała Polska wyzwolona. Nikt nie obudził się po rozczarowaniu jakie przyniosło podsumowanie sukcesów pierwszej demokratycznej kadencji.



Polskę i jej przedsiębiorczość reprezentowały tylko te nieliczne jednostki, które odnosiły sukcesy w biznesie. Jednak wobec starej, ustanowionej FOZZem nomenklatury, były one z góry skazane na porażkę. Na łaskę i niełaskę aparatu fizycznej represji – urzędowego przymusu. Z nimi nie mogło nic się udać – biznesmen to bardzo rzadko dobry przywódca i społecznik. Celem jego życia nie jest ta czy inna wzniosła idea, lecz normalne i wulgarne – gromadzenie pieniędzy.

Co nam pozostało?

Wolność odzyskaliśmy w 1988. Jest rok 2013. Pozostało nam 15 lat mentalnego zniewolenia. Przynajmniej licząc to sprawdzoną miarą Biblijną. 

Do głosu zaczynają dochodzić pokolenia, których nikt ani mentalnie, ani fizycznie nie poniżał, ani nie upokarzał. Które tylko nudziły się w zacofanej intelektualnie szkole. Dzieci nie pamiętające PRLu właśnie kończą studia. Lecz w trakcie ich trwania młodzi Polacy zdołali zniechęcić się do tego mentalnego zaścianka na tyle, że raczej wyjadą do Anglii czy Irlandii, będą kłaść dachy w Norwegii, czy dojeżdżać na okazyjną fuchę do Niemiec.


Starsze pokolenia nie zaproponowały im nic, poza bezideowym prawem gromadzenia dóbr i pieniędzy. Stąd też ich pociechy oduczone myślenia, dzięki wydłużeniu dzieciństwa systemem powszechnej edukacji „wyższej”, czynią co powinni. Pozbawione życiowej odpowiedzialności zajmują się budowaniem własnej pozycji materialnej. 

Dlatego dla Polski są możliwe dwa scenariusze?

Przy dzietności 1,2 i 500 tysiącach urzędników – pozostali przy życiu i zdrowiu pracownicy będą grabieni ze wszystkiego co zarobili, aby było z czego wypłacać renty i emerytury. Snujący się po ulicach, przemęczeni robole, będą wyglądać tak samo bezrefleksyjnie i beznadziejnie – jak otaczające ich nienawistnie zacietrzewione staruchy.
Jest jednak jeszcze gorszy scenariusz.

Ci którzy wyjechali tu wrócą. Z kieszeniami pełnymi zarobionych na zachodzie pieniędzy, z bagażem nabytej odpowiedzialności i odwagi, będą dyktować starszyźnie własne warunki. Zastygli intelektualnie i mentalnie „bojownicy” będą protestować i wtedy dojdzie do przemocy. Jej rezultat ponownie wtłoczy ich na pozycje „sługusów”, bo obserwując dorobek ostatnich 25 lat – właśnie na takie traktowanie, nie chcące wymrzeć pokolenia, zasługują.